wtorek, 25 września 2012

Dorwalismy sie do kompa!!!!! No to piszemy, bo zaleglosci sie narobia...
Sam kraj odbieramy b.pozytywnie, z pewnoscia lepiej niz Albanie w zeszlym roku, choc na ocene `macedonska` jezcze nie zasluzylo ;P
Pierwsze dni spedzilismy w wiekzym gronie spotykajac sie z kolezankami - Edyta i Monika, ktore juz konczyly swoja balkanska przygode, my natomiast na poczatku swojej podrozy z checia chlonelismy wiedze i spostrzezenia - jak by tu nie powiedziec - wyjadaczek :)

Pierwszy wieczor to byly moje imieniny - coz .. wiec bylo... imieeeeniinooowooo. 4 duze butle wina, tych malych juz nie licze. Do tego obowiazkowo muszle w knajpie, smazona rybka. Monika tez zamowila rybe, tylko jakos chyba kelner nie zrozumial co miala na mysli mowiac: ribs.
Do poznego wieczora siedzielimy na plazy (nie szkodzi, ze w nocy) i napawalimy sie chwila. Wino szlo jak woda. A woda byla pelna kamieni. Dbalismy o to, zeby ich nie zabraklo wrzucajac wszystkie lezace na plazy tam gdzie ich miejsce.

Drugiego dnia trzeba bylo potrenowac nozki i kilka kilometrow po miescie zlazilismy. Stare miasto urzeka, widoki zapieraja dech w piersiach, ludzie - jak to na Balkanach przyjazni i otwarci. Udalo sie tez wykapac w cieplym Adriatyku i wygrzac dupki pod wieczor w promieniach zachodzocego slonca. W sam raz na dobry poczatek.


Juz wczesniej widzielimy jak w porcie pod wieczor sprzedaja owoce morza prosto z polowu, oczywiscie natychmiast pomyslelismy o tym, zeby zrobic zarcie we wlasnym zakresie. Jak pomysleli tak zrobili. Trzy kilo swiezych muli, cebula, wino, bagieta, czosnek, pietruszzka, cytryny i uczta gotowa. A wygladalo to tak:

Komu w droge, temu ... Ulcinj. Dzis juz jestesmy w nowym miejscu, dotarlismy tu bezposrednio z Budvy lokalnym transportem - jakies dwie godziny kretych drog i 15 petow wyfajczonych przez kierowce, pffffffujjj. Widac, ze jestesmy blisko Albanii, Szkodra jest doslownie trzy kroki stad. Minarety, kebaby i laski okutane od stop do glow. Podobno ponad 60% ludnosci to juz Albanczycy. Jednak nie jest zle. Ludzie zaskakuja swoja przyjacielska postawa dokladnie jak dzien wczesniej.
O samym miescie nie ma sie co rozpisywac, ale na uwage zasluguje lokalna knajpeczka. Kelner byl tak uprzejmie uprzejmy, ze juz momentami smieszny. Okazuje sie, ze to brat wlasciciela pelniacy role gospodarza pod jego nieobecnosc. Zmienil koszulke na nasze przyjscie i tak przpraszajac, ze nie ma stosownego uniformu. Jednak nie przeprosil, ze notesika tez nie ma - w koncu mozna zamowienie klientow zapisac na DLONI :)

Czepiac sie jednak nie ma co. Zarelko bylo pierwszorzedne. Jedlismy co? Aaaa muszeli dla odmiany, heheh. Tyle, ze tak podanych nigdy jeszcze nie widzielimy. Przepis znamy, ale nie zdradzimy. Kto chce pozdnac proszony jest do nas na degustacje lub tutaj: klik  (www.facebook.com/sidro.ulqini)

Przed chwila byl zachod slonca, po drugiej stronie uliczki od naszej kafejki internetowej, za droga i spokojnym bulwarem ostatnie promyki chowaly sie za budynki starego miasta.

Jutro dalej w droge. Zmierzamy do Virpazar nad jeziorem szkoderkim. Tak po cichu liczymy na mala powtorke a`la Ochrid, ale jak bedzie naprawde okaze sie jak dotrzemy. Oczywiscie nie omieszkamy opisac tego na blogu...

1 komentarz:

  1. Lonek i browar - nieodłączni kompani każdej podróżny.
    Bogu... ten kelner to bratnia dusza w zapisywaniu na dłoni, nie?

    OdpowiedzUsuń